Nie o taki port walczyłem... (124)
Przenieśmy
się dziś o dwadzieścia lat wstecz do czasów, kiedy drugowojenne strzelanki
pozbawione były żołnierzy z katanami na plecach lub hakami zamiast dłoni, a
raczej starały się jak najlepiej oddać realia tamtych czasów. Będzie to bowiem
dla mnie fantastyczna okazja, by poopowiadać nieco o moim powrocie do stareńkiego
już Medal of Honor: Underground, a przy okazji ponarzekać na jego
tragiczny port na GameBoya Advance oraz wszelkie inne spartolone konwersje.
Posłuchajcie…
Panie,
kto to Panu tak…
Fatalnej
jakości porty gier na kolejne platformy nie są w giereczkowie czymś nowym.
Pisałem już choćby o skopanej optymalizacji pecetowego GTA IV, ale nie trzeba
wcale długo szukać, by przekonać się jak wiele tego typu sytuacji miało
miejsce. Sam musiałem zmagać się również z m.in. niepozwalającym na celowanie
myszą pierwszą wersją komputerowego Resident Evil IV czy też Gothiciem 3 i jego
samodzielnym dodatkiem Zmierzchem Bogów (złośliwie przechrzczonym przez graczy
na Świt Bugów). Także ogrywane przeze mnie obecnie Deadly Premonition wymagało
zainstalowania szeregu fanowskich poprawek, by zlikwidować notoryczny pokaz
slajdów (choć licznik klatek pokazywał stabilne 60), móc zmienić rozdzielczość,
a i tak tytuł ten lubi się w losowych momentach wysypać do pulpitu.
Każda
tego typu sytuacja jest niezwykle smutną, bowiem skopany port oznacza przede
wszystkim olbrzymi zawód tysięcy, a nawet milionów fanów, dla których miała to
być szansa na zapoznanie się z tym wcześniej dla nich niedostępnych tytułem.
Sam pamiętam jak mocno wyczekiwałem pecetowej premiery dodatków do GTA IV, o których
dotychczas mogłem co najwyżej poczytać, bo początkowo na wyłączność otrzymał je
Xbox 360. Na szczęście w tym przypadku czekało mnie miłe rozczarowanie, bowiem
okazało się, że Episodes from Liberty City działa na PC lepiej niż podstawka.
Tego
typu zagrywki w dużej mierze wynikają z powodów finansowych. Przy wspomnianym
wcześniej Deadly Premonition budżet wymógł na twórcach wybór pomiędzy
dopieszczeniem historii a całej reszty. Z kolei Gothic 3 został wypchnięty na
rynek nieco przedwcześnie z powodu nacisków ze strony wydawcy. Chciwy wydawca
to oczywiście ten najsłynniejszy i niestety dość częsty przypadek, ale zdarzają
się też sytuacje, w których stworzenie dobrego portu gry było odgórnie skazane
na porażkę. Wydanie ekskluzywnego dla Xboxa 360 Dead Rising (które reklamowane
było m.in. niespotykaną wcześniej liczbą przeciwników na ekranie po prostu) na
Wii nie miało szans na sukces przez niską wydajność konsoli Nintendo. Sprawa
miałaby się inaczej, gdyby obie wersje gry były planowane jednocześnie i ta przeznaczona
na znacznie potężniejszy sprzęt Microsoftu oferowałaby po prostu nieco więcej.
Powoli
docieramy też do momentu, w którym młodsi gracze mogą już nie pamiętać czasów,
w których granie mobilne było czymś niezwykłym. Popularyzacja 3DS-a i olbrzymi
sukces Switcha sprawiły, że giereczkowanie w autobusie lub pod ławką na lekcji
w Zeldę lub Wiedźmina dla wielu stało się codziennością. Niemniej w latach 90.
(których z kolei nie pamiętam ja) oraz wczesnych dwutysięcznych wizja zagrania
w duży, konsolowy tytuł poza domem wciąż wydawała się czymś niemożliwym. Tak
naprawdę dopiero po premierze PlayStation Portable nastąpił przełom, bo było to
sprzęt na tyle potężny, by uciągnąć niewiele ustępujące konsolowym częściom
GTA: Liberty City i Vice City Stories, God of Wary, czy też Prince of Persia.
Wciąż nie były to te same gry, co na dużych konsolach, ale ich twórcy
udowodnili, że granie przenośne wcale nie musi ograniczać się do przedpotopowej
grafiki i tragicznych portów dużych gier.
Zdjęcie z filmu na kanale Constrick na YouTube |
Do
momentu pojawienia się PSP monopol na rynku mobilnym miało Nintendo. Jasne,
pojawiały się tu i ówdzie nieśmiałe próby obalenia hegemonii wielkiego N przez
Segę, Atari i inne, mniejsze firmy, ale zawsze kończyło się to porażką. Wydany
w 2001 roku GameBoy Advance robił wrażenie graficznym rozmachem, jak na
możliwości ówczesnych kieszonsolek, ale wciąż daleko było mu nie tylko do
wodotrysków oferowanych przez PlayStation 2, ale nawet do siedmioletniego
wówczas PSX-a. Toteż pomysł przeportowania Medal of Honor: Underground na
GameBoya był, krótko mówiąc, poroniony.
Może
mogłoby to mieć jakiekolwiek szanse na sukces, gdyby tylko nie postanowiono, że
Underground na GBA będzie przedstawiony w pełnym trójwymiarze. Stosunkowo niska
wydajność konsoli i śmieszna z dzisiejszego punktu widzenia rozdzielczość jej
wyświetlacza sprawiły, że młody wtedy jeszcze Rebellion (znany dziś przede
wszystkim z serii Sniper Elite oraz Zombie Army, ale już wtedy studio to miało
na koncie choćby całkiem niezły port Rainbow Sixa na pierwsze PlayStation)
poległ w tym starciu. W efekcie fani Nintendo otrzymali ukryty w kartidżu
koszmarek, na który nie tylko trudno było patrzeć, ale także grać przede
wszystkim ze względu na problemy wydajnościowe. Twórcom trzeba jednak przyznać
jedno – udało im się z jednej z najlepiej ocenianych strzelanek na PSX-a
uczynić jedną z najgorzej ocenianych gier na GBA.
Medal of
Honor: Underground (PlayStation 3)
Gatunek: FPS
Developer:
DreamWorks Interactive
Rok wydania:
2000r.
Gra dostępna
także na PlayStation, PlayStation 2, PlayStation Portable, PlayStation Vita i
GameBoy Advance.
Paczkę,
którą w zeszłym tygodniu zastałem w skrzynce wyciągałem z dziecięcą wręcz
radością, bo oto po raz pierwszy od jakichś dwudziestu lat miałem okazję
ponownie wyruszyć na drugowojenny front w Medal of Honor: Underground -
kolejnej z niezwykle ważnych dla mojej growej tożsamości produkcji. Tego typu
powroty po latach często bywają bolesne i wiele osób powiem Wam, że raczej
powinno się wystrzegać wracania do gier dzieciństwa. Ja natomiast odnajduję w
tym pewne specyficzne piękno. Jasne, nie wszystkie klasyki zestarzały się z
gracją i znaczna ich część dla wielu może być po prostu niegrywalna. Ale to właśnie
ta pokraczność dawnych gier pomieszana z pewną dozą graficznej umowności i
nierzadko nostalgią nadają im niezwykłego uroku.
Odświeżyłem
już też sobie wcześniej pierwszą część serii i obeszło się to bez większych
bólów, toteż byłem raczej spokojny o jej kontynuację, chociaż to, jak dobrze
tytuł ten się zestarzał wzięło mnie kompletnie z zaskoczenia. Nie mówię tutaj
oczywiście o warstwie wizualnej, bo po dwudziestu latach od premiery pozbawione
twarzy (bo posiadające tylko jej zarysy) modele postaci i typowe dla gier na
pierwsze PlayStation pływające tekstury śmieszą, a momentami nawet nieco bolą.
Również odwiedzane przez nas lokacje niczym w Silent Hillu spowite są
mgłą/nicością uniemożliwiającą nam dojrzenie obiektów oddalonych od nas o
dziesięć metrów przed nami (co wcale nie oznacza, że ukryci za polem widzenia
wrogowie nie są w stanie nas ustrzelić).
Nie
jest to jednak nic, czego nie było w oryginale, bo Medal of Honor: Underground
w wielu aspektach jest wręcz bliźniaczo podobny do poprzednika. Nic więc
dziwnego, że w moich wspomnieniach obie te gry połączyły się w jedną i przez
długi czas nie byłem w stanie ich od siebie odróżnić. Nie oznacza to jednak, że
Underground to zwykła kalka oryginału, bo tytuł ten wnosi sporo nowości.
Najważniejszą z nich jest zdecydowanie wprowadzenie do równania pojazdów.
Walczymy teraz nie tylko z piechotą, ale zmierzyć przyjdzie nam się teraz także
z wyposażonymi w karabin maszynowy motocyklami z kubłem, transporterami
opancerzonymi czy w końcu z czołgami. W jednej z misji będziemy mieć nawet
okazję samemu zasiąść w kuble prowadzonego przez towarzysza (kolejna nowość)
motocykla i pędząc na złamanie karku ostrzeliwać biegającą niczym kury bez
głowy hitlerowską brać.
Również
lokacje, do których wysyła nas OSS stały się zdecydowanie bardziej różnorodne.
Podczas gdy w oryginale jedyną większą zmianą otoczenia była podróż do śnieżnej
Norwegii, w Underground zwiedzimy nie tylko Paryż czy europejskie lasy, ale
także upalną Kretę czy obsypany śniegiem niemiecki zamek. Choć wiele z miejscówek
swoim wyglądem mocno przypomina te z jedynki to w połączeniu z większą
różnorodnością wydarzeń w nich się odbywających, całość nabiera dużo
wyraźniejszego charakteru niż oryginał. W pewnym stopniu wpływa też na to fakt,
że protagonistką gry jest (wzorowana na Helene Deschamps Adams) Manon Baptiste,
członkini francuskiego ruchu oporu. Co prawda nie ma to większego wpływu na
rozgrywkę czy fabułę, ale dobitnie pokazuje, że gracze już od dawna byli gotowi
na kobiety wojny, z czym mocno nie zgadzali się twórcy Battlefield V.
Najważniejsze
jest jednak to, że pod wieloma względami Medal of Honor: Underground nie
ustępuje współczesnym pierwszoosobowym strzelankom nawet w przypadku mechaniki
rozgrywki. Przede wszystkim jedna z konfiguracji przycisków pozwala na
ustandaryzowane już dzisiaj sterowanie i rozglądanie się przy pomocy gałek
analogowych, a przy okazji strzela się przy pomocy spustów (czy też R2 i L2 na
PS1 i PS2), co przecież wcale nie było tak oczywiste w tamtych czasach.
Oczywiście momentami irytuje możliwość precyzyjnego celowania tylko stojąc, a
powracające z jedynki błędy pokroju niedoczytującego się poziomu (zaczynając
każdą misję zwróćcie uwagę na muzykę – jej brak oznacza, że za jakiś czas
dojdziecie do odcinającej Wam dalszą drogę nicości) czy też zgubnego w skutkach
celownika, który zdecydowanie zbyt często nie pokazuje miejsca, w które
strzelamy, irytują. Nie zmienia to jednak faktu, że bawiłem się świetnie i
naprawdę nie uważam, by wynikało to tylko i wyłącznie z nostalgii, a z faktu,
że to po prostu dobra gra jest.
Komentarze
Prześlij komentarz